Brońcie krzyża, czyli baron w Warszawie

Spotkanie z przyjaciółmi od odwyku w Wydminie, czyli mini-odwyk-camp, był tak pełen bogactw dla duszy i ducha, że ciało nie wytrzymało i dostało katar.

Katar w czasie pielgrzymki to rzecz mało atrakcyjna. Ale rok temu, kiedy byłem na tygodniowym spływie i wiosłowałem ostro nieraz w deszczu, odpoczywając pod namiotem, odkryłem coś ciekawego odnośnie kataru. Bo wtedy też przyszedł katar. Odkryłem, że mądrość, którą bezkrytycznie czerpałem z porad mam, babć, lekarzy i mediów, jest jakoś mało mądra.

Bo kiedy wcześniej się przeziębiałem, to żaden z mądrych ludzi nie radził mi do tej pory: dużo się męcz fizycznie, spędzaj czas na deszcz i śpij pod namiotem. Przeciwnie, mówili: siedź w domu, leż w łóżku, nie rób nic. I ja robiłem co mi mówi, wierząc że dzięki temu okres leczenia trwa tylko trzy tygodnie.

Rok temu nie miałem możliwości siedzenia w łóżku w szaliku, bo mnie dopadło pod namiotem w czasie dwudniowej ulewy. W związku czym, przypomniawszy sobie mądre rady starszych ode mnie, spodziewałem się, że mam tylko dwie możliwości: albo katar potrwa ze trzy miesiące albo umrę.

Katar trwał tydzień. Nigdy tak szybko się nie wyleczyłem.

W tym roku sytuacja jest podobna: nie mam jak leżeć w łóżku, bo nie mam łóżka. Nie mam łóżka, bo nie mam domu. Jeżdżę więc z tym katar w otwartym kasku po 100, 200 kilometrów dziennie, łażę, gadam, tworzę cudowne obrazki.

Nie minął tydzień od nawiedzenia mnie przez katar i już zanika. O wiele szybciej niż wtedy, kiedy walczyłem leżeniem w łóżku.

I dalej nie wiem czy to cud jakiś, czy dziwactwo mojego organizmu, czy interwencja Boga, czy może błędne wyobrażenia o tym jak faktycznie działa system immunologiczny człowieka. Tyle wiem, że warto poeksperymentować i pójść pod prąd. Sprzeciwić się strachowi i spróbować odrzucić dobre, sprawdzone rady. Tak na chwilę, tak eksperymentalnie. Żeby sprawdzić czy te rady faktycznie są dobre i sprawdzone. Bo czasem bywa, że to nie są żadne dobre i sprawdzone rady, tylko po prostu powtarzane w kółko plotki, wzmacniane strachem i zabobonną naturą człowieka.

Kozy w drodze do Warszawy
Kozy w drodze do Warszawy

Dojechaliśmy więc z tym katarem do Warszawy i tam rzuciliśmy się na muzea.

Pierwsze z nich to Niewidzialna Wystawa.

Z tej wystawy nie mam zdjęć, bo nic na niej nie widać. Na tym ona polega: przez godzinę jest kompletnie ciemno. Wszystko jedno czy masz oczy otwarte czy zamknięte, widoczność wynosi zero. Ale na szczęście twoim przewodnikiem jest niewidomy (dawniej: ślepy) i on wie co się dzieje. Świat postrzegany słuchem, dotykiem i węchem jak dla mnie jest fascynujący. Wszystko niby znam, a odkrywam od początku.

Przy okazji zastanawiałem się jak się mogli czuć ślepi od urodzenia, których dawno, dawno temu uzdrowił Jezus. Bo na przykład, mógł taki ślepy mieć żonę. Pomyśleliście o tym? I mogła ta żona być cudowną osobą, miłą, pracowitą i mądrą na dodatek. Mogła ładnie pachnieć i mieć śliczny głos.

Aż tu pewnego dnia wraca do domu ślepy mąż i mówi od progu:

– Hej, kochanie, niespodzianka, ja widzę!

I z wyrazem niezmiernego szczęścia szuka tym świeżo odzyskanym wzrokiem twarzyczki swojej ulubionej żony. Ale twarzyczki nie widzi. Widzi mordę jak pół kilo salcesonu, o fakturze szczotki do kibla i o zbliżonym poziomie atrakcyjności. I to przerażające oblicze wykrzywia się do niego w szerokim uśmiechu, od czego jeszcze wyraźniej zaznacza się linia wąsów oraz ostające bokobrody.

I co? I nowe wyzwanie przed człowiekiem. Był szczęśliwy, teraz widzi. Jezus musiał się dobrze zastanawiać kogo z czego uzdrowić.

Tak że nie jest to wszystko takie proste jak w katolickich filmach animowanych.

Muzeum Karykatur na KoziejNastępnego dnia przyszła pora na Muzeum Karykatury, które znajduje się w Warszawie na Koziej, i składa się aktualnie z wystaw dwóch rysowników: Maciej Trzepałka i Tomasz Wiater.

Wiater mnie bardziej interesował, bo jest bliżej ludu. Na pewno widzieliście przy jakiejś okazji jego rysunki, bo ma charakterystyczny styl. A tematyką stara się tak przywalić w mordę narodowi, żeby zadźwięczało. Walenie to ma na celu to, żeby było śmiesznie i tyle. Bo i po to jest karykatura. Ale mimo, że rysownik sam powiada, że w zasadzie to on nie ma żadnego celu w tym co robi, to ja cel dostrzegam i tak. Bo sztuka satyry, wyolbrzymiania, przesadzania, trafiania w czułe miejsca, kiedy jest karykaturą ma zawsze podstawowy cel: śmiech.

Jest Bóg nie ma Boga
Plakat z wystawy „Wiater w oczy”

A z kolei śmiech, radocha, rechot, zabawa i uczucie ulgi które temu towarzyszy prowadzi do mądrości. Bo karykatura jest młodszą siostrą mądrości, uważam. Taką małą, co lubi się taplać w błocie i skakać po kałużach, a nie siedzieć nad książką i dumać patrząc za horyzont. Ale to dalej siostry. Obie mają ten sam cel, te same ideały i wartości. O to samo im chodzi.

Wiater oczywiście skończył milion studiów, jakieś stypendia dostał we Francji (jak sam opowiada, jakoś tak przypadkiem wyszło) i jest przy okazji jakimś tam superhabilitowanym doktorem. No a teraz robi rysunki o księżach, krzyżach, menelach i politykach i z tego żyje.

Zwykle jest tak, że jak ktoś spędził dziesięć lat na studiowaniu, to potem lubi opowiadać wszystkim jakie to wartościowe i pożyteczne było. Tym głośniej, im mniej ten pożytek widać. I nigdy się nie zastanawia nad tym, że cały pożytek z dziesięciu lat dałoby się upchać w jednym roku, gdyby zamiast studiów wybrać co innego. Ale jak tu logiki wymagać od gościa, który trąbi, że zyskał rok a nie zauważa, że zmarnował dziewięć.

Zastanawiam się czy taki Wiater też sadzi te same frazesy, jak go zapytać. Nie wiem, bo go nie było, więc nie zapytałem.

Podsumowując, wyciągnąłem z wystawy karykatury następujące lekcje:

  1. Rysunki są dobre nie dlatego, że są ładne (przeważnie nie są)
  2. Niestaranność w rysowaniu nie tylko nie przeszkadza, ale daje lepszy efekt
  3. Rysowanie daje możliwości jakich nie da się osiągnąć niczym innym, w szczególności kiedy się zestawia ze sobą graficzne symbole w niespodziewanych połączeniach
  4. Fajność obrazka jest wynikiem nie graficznych umiejętności, tylko umiejętności patrzenia na świat w dziwny sposób, kojarzenia ze sobą rzeczy, subiektywnego wyolbrzymiania – i tłumaczenia tego wszystkiego na obrazy
  5. Bez odrzucenia własnego strachu i blokad, można być tylko pędzlem – ale nigdy artystą; można być jedynie dobrym, ale bardzo nudnym rzemieślnikiem.
  6. Cienie, highlights, kolorowanie bardzo poprawia styl obrazka, bardzo niskim kosztem; inaczej mówiąc, odpychające bazgroły można szybko zmienić w przyjemne dla oka.

Ostatnie nawiedzone muzeum, to wystawa dotycząca historii pieniądza w NBP, na którą każdy sobie powinien wpaść, kto jest w Warszawie. Tym bardziej, że jest za darmo. Choćby po to, żeby sobie podnieść sztabkę złota. Albo pooglądać sfałszowane pieniądze. Albo zobaczyć czym się płaciło w czasach biblijnych.

Mieliśmy jeszcze iść do Muzeum PRL-u. Ale kiedy przeszedłem się ulicami Warszawy uznałem, że właśnie jestem w muzeum PRL-u, więc nie ma potrzeby szukać innego.

Na przykład na słupie znalazłem zaproszenie na manifestację anty-kapitalistyczną. Plakat ukazywał miłą, uśmiechniętą protestującą dziewczynę, która ma wstręt do kapitalizmu oraz miłość do człowieka. Ale nie ma na przykład wstrętu do ubrania na sobie, które mogła kupić tak tanio wyłącznie dzięki mechanizmom wolnego rynku. A może i miała, ale go skrywała. Jako uczciwa komunistka wolałaby barchanowe majty i własnoręcznie utkaną koszulę z owcy hodowanej na trawniku pod blokiem.

Piwo warzone na krzywdach
Piwo warzone na krzywdach

Nie ma również nasza bohaterka wstrętu do swojego plecaka, w którym na pewno niesie ulotki, wydrukowane na drukarkach skonstruowanych dzięki współpracy stu dwudziestu firm z piętnastu różnych krajów. Firmy te współpracują ze sobą pokojowo dając pracę setkom tysięcy ludzi, wyłącznie dzięki temu, że mechanizm samo-regulujących się cen pozwala wszystkim się bogacić bez konieczności odbierania komukolwiek czegokolwiek siłą.

Ale co tam – precz z kapitalizmem, a dalej się zobaczy. Niech żyje Wenezuela!

Męskość
„Męskość” – obrazek cudowny

Poza tym przy placu prezydenckim spotkałem wędrowny dom wariatów, który przy ochronie policji i UOUR, zamontował swoje postulaty na płocie, licząc na to, że prezydent zerknie i się ustosunkuje.

Jedynym z postulatów było to, żeby nie pić piwa Okocim, ponieważ nie jest warzone na zbożach, tylko na krzywdzie. Polskich rolników, konkretnie.

Myślę sobie, żeby gdyby faktycznie piwo dało się warzyć na krzywdzie to nawet licząc z niebotycznymi podatkami, kosztowałoby w sklepach najwyżej złotówkę za litr. Bo krzywdy w tym kraju jest tyle, że ociera się to właściwie o nieskończoność. Ponieważ podaż jest tak wysoka a popyt mały (no bo po co komu krzywda?) to cena dąży do zera. Bardzo tanie piwo by było, gdyby je warzyć na krzywdzie.

Dlatego myślę, że grupa wędrownych wariatów wcale nie protestuje, tylko robi intelektualny happening, aby zwrócić ludziom uwagę, że są nowe możliwości.

W Warszawie mieszka bardzo dużo ludzi, ale nikt nie ma czasu. Dlatego spotkaliśmy tylko trzy osoby. I wszystkie trzy były przyjezdne. Ale i tak lubię Warszawę.